Strona główna Styl życia Fitness i rekreacja Rowerem przez całą Polskę. Tak się spełnia marzenia

Rowerem przez całą Polskę. Tak się spełnia marzenia

0
PODZIEL SIĘ
Przemierzając na rowerze kolejne długie odcinki, gdy lał deszcz, w głowie rodziło mu się pytanie: „Po co to robię?”. Jednak po zakończeniu wyprawy radość ze spełnionego marzenia przyćmiła wszystkie niedogodności. Dla Marcina Kaczorowskiego z Konstantynowa Łódzkiego było nim objechanie Polski na jednośladzie.

Pomysł zrodził się kilkanaście lat temu, ale udało się go zrealizować dopiero w te wakacje. Wcześniej były krótsze, tygodniowe wyprawy. Ostatnia trwała natomiast 28 dni, podczas których cyklista pokonał 3274 kilometry, zataczając rozpoczynającą się w Elblągu pętlę. Stamtąd szlakiem Green Velo ruszył do Suwałk, później do Białegostoku, następnie droga wzdłuż naszej wschodniej granicy doprowadziła go do Przemyśla. Dalej na trasie pojawiły się m.in. Stary Sącz, Słowacja, Czechy, Góry Stołowe, Zgorzelec, niemieckie wsie, miasteczka i… pustkowia u zachodnich sąsiadów, Świnoujście oraz wiele miejscowości Nad Bałtykiem.

– Znaczna część dróg, jakimi jechałem miała nawierzchnię asfaltową. Dość często zdarzały się też szutrowe, a najrzadziej pokryte piaskiem. Te ostatnie dały mi jednak w kość – wspomina Marcin.

Trasę zaplanował wcześniej, w innych kwestiach postawił na spontaniczność. I pewnie dzięki temu jego samotna wyprawa po około 1600 kilometrach zamieniła się zupełnie nieoczekiwanie w dwuoosobową.

– W Nowym Targu spotkałem chłopaka, który też objeżdżał Polskę rowerem. Postanowiliśmy spróbować połączyć siły. A że mieliśmy podobne tempo, jechaliśmy razem już do samego Elbląga – relacjonuje.

Pogoda dopisała przez pierwsze trzy tygodnie. W ostatni lało, dzień w dzień, więc i morale siadało… Bo przecież czy nie lepiej byłoby siedzieć nad basenem, pijąc drinka? Cel został jednak wytyczony i należało go zrealizować. Mimo, że czasami konstantynowianin miał pod górkę. Dosłownie, ze względu na przewyższenia, choćby na szlaku Velo Dunajec, ale też w przenośni.

– Pomijając deszcz i trudne podjazdy cztery razy musiałem korzystać z warsztatów rowerowych. Pierwszy tuż po starcie, kiedy spadł mi łańcuch i uszkodził szprychy. Osiem do wymiany. W Przemyślu wyskoczył problem z przerzutkami, w Szczawnicy znów z łańcuchem, w Międzyzdrojach wymieniałem łożyska. Dętki „poszły” jednak tylko cztery, a przez pierwsze 2 tysiące kilometrów ani jedna – zauważa cyklista.

W ważącym 20 kilogramów bagażu znalazły się m.in. namiot i śpiwór, chociaż ze względów bezpieczeństwa Marcin nie zakładał spania zupełnie na dziko. „Postawił” na pola namiotowe (gdy deszcz dokuczał za bardzo, nocował w gospodarstwach agroturystycznych). Jeśli chodzi o samą wyprawę, przede wszystkim na radość z jazdy. Całymi dniami.

– W niektóre pokonywałem 60 kilometrów, w inne 130, ale zdarzało się i 200. Wszystko zależało od pogody, warunków na drodze, ukształtowania terenu, o której godzinie ruszałem. Na zwiedzanie nie zostawało zbyt dużo czasu – przyznaje.

Spotykani ludzie byli różni – raz bardzo sympatyczni, innym razem mniej. Sporo kiwało głowami, dowiadując się o pokonywanym dystansie. Tymczasem dla Marcina Kaczorowskiego wyprawa stanowiła wstęp do następnych, zapewne jeszcze dłuższych podróży na dwóch kółkach. W planach są m.in. Bałkany.

REKLAMA

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here